Ostatnie artykuły

Wspólnoty i Kręgi



Świadectwa





Lubię To!




Dni wspólnoty
Kurs Ceremoniarzy dla DK 2018 - świadectwo

| Wicej


Dni wspólnoty

Kurs Ceremoniarzy dla DK 2018 - świadectwo

 
Z mojej perspektywy cały kurs był przede wszystkim doświadczeniem Kościoła z takiej strony, jakiej dość mocno mi brakowało i za jaką dość mocno się stęskniłem. W dużej mierze wynika to z bardzo nietypowego grona, w jakiej przyszło nam się spotykać.
Po pierwsze, miałem wrażenie, że istotniejsze do pytania "jak?" było pytanie "dlaczego?". W rozważaniach nad liturgią pada nieczęsto, w ministranturze - przynajmniej tam, gdzie było mi dane posługiwać - to ewenement. Tutaj pytanie "jak?" siłą rzeczy musiało zejść na dalszy plan. Niemal każdy pochodził z innej parafii, a w każdej z nich prezbiterium nieco różni się kształtem. Choćby z tego prostego względu procesje muszą nieco się różnić.
Dlatego ważne było poznanie ogólnych zasad, a te nie byłyby czytelne bez - choćby chwilowego - zatrzymania się nad teologią liturgii. I okazywało się, że treść niesiona przez znaki liturgiczne nie jest zapisem akademickiej teorii, ale przekazem wiary Kościoła, która może prowadzić do Boga i nas, znacznie bardziej niż technika trzymania kadzidła.
Drugą sprawą była różnorodność doświadczenia wiary, jakie wnosił każdy z uczestników. Był wśród nas i wieloletni lektor, i kilku nadzwyczajnych szafarzy Komunii Świętej, ktoś, kto służy do Mszy razem ze swoim synem, tacy, którzy służą przy ołtarzu od dziecka (z przerwami 🙂 ) i tacy, którzy posługę zaczęli jako dojrzali mężczyźni. Ten pozorny problem był chyba największym bogactwem - bo różne podstawy i różne doświadczenie wymagały większej wrażliwości na siebie nawzajem i mniejszej koncentracji na bezwzględnym wykonaniu zadania. Zwłaszcza w gronie chłopców czy - później - mężczyzn bywa to problemem, choćby wtedy, gdy prawidłowe wykonanie posługi powoduje, że uczestnictwo w Mszy przegrywa z półtoragodzinnym posiedzeniem w zakrystii. Kiedy nie mogliśmy omówić czy przećwiczyć wszystkiego, trzeba było skupić się na tym, co najistotniejsze i czasami zdecydować się, żeby zrobić mniej. Z perspektywy niemal roku od zakończenia naszych spotkań widzę coraz mocniej, że w zamian za "ofiarę", jaką jest rezygnacja z doskonałości w każdym calu, otrzymać możemy nagrodę, jaką jest uczestnictwo w liturgii bliższe Boga - i to jest łaska od Niego, nie nasza decyzja. Decyzja tylko otwiera drzwi dla tej łaski. A przecież służba liturgiczna to posługa na rzecz zbliżania człowieka do Pana Boga - również tego, który służy, bo w żadnej "aktywności kościelnej" nie nakaże On nam postawy, która zagrodzi drogę do wzrostu wiary.
I trzecie, już bardzo prywatne - nowe doświadczenie grupy, z którą było mi dane pracować w przygotowaniu liturgii. Obecnie najczęściej przygotowujemy liturgię w gronie kleryków. Tu mamy warunki bliskie optymalnych, przede wszystkim, jeśli chodzi o czas i możliwości. Przygotowanie liturgii stoi bardzo wysoko w hierarchii naszych obowiązków. Nie musi rywalizować z płaczącym dzieckiem, gotującym się obiadem, treningiem siatkówki czy korepetycjami z francuskiego. Mamy niemal nieograniczony dostęp do ksiąg czy paramentów, a jeśli czegoś brakuje, łatwo nam te braki nadrobić. Jest w seminarium kilku kleryków, których podstawowym obowiązkiem jest przygotowanie asysty i kolejnych kilku pasjonatów, których zawsze można zapytać o rozstrzygnięcie, kiedy ma się wątpliwości. Komfort, którego żadna inna grupa ministrantów nie ma.
Kurs z panami z Domowego Kościoła zaczęliśmy na początku Okresu Wielkanocnego. Tuż po przygotowaniach do Triduum Paschalnego w parafii. To najgorętszy czas dla ministrantów w parafiach. Grupa, którą dane mi było w tym czasie prowadzić, liczyła wielu młodych chłopców, którzy dopiero rozpoczynali posługę w takich "skomplikowanych warunkach" i ledwie dwóch-trzech, którzy coś pamiętali z poprzednich lat. Wkładali w przygotowanie bardzo wiele zaangażowania, emocji, ale trudno było liczyć na to, że przygotowanie w czasie zbiórki zostanie poparte samodzielną pracą - pewnie dlatego, że na grubą czerwoną księgę napisaną oficjalnym językiem jest jeszcze dla nich za wcześnie. I tu chyba mamy podstawową różnicę. Wcale nie było tak, że ojcowie pracujący na poważnych stanowiskach od razu wszystko wiedzieli i wszystko zapamiętywali. Nie pomagała późna pora spotkania i godziny spędzone w pracy. Jednak kiedy przyszło do samodzielnego przygotowania próby, okazało się, że każdemu udało się stanąć na wysokości zadania i w roli lidera grupy sprawdzić się lepiej niż w znacznie mniej odpowiedzialnej roli.
Doświadczenie Boga, doświadczenie Kościoła, doświadczenie człowieka - nie wiem, które najmocniejsze. Ale jestem przekonany, że działa i jeszcze będzie działać w niejednym z nas.
 
Kl. Tomasz Jaskuła
Wygenerowano w sekund: 0.04
9,000,862 Unikalnych wizyt